
✍️ Blog
DOMDOBRY
norbert@michnowski.pl
Wczoraj wieczorem uderzyła mnie jedna rzecz: wszystkie seanse w Krakowie wyprzedane, mimo że film leciał co 40 minut. Na ten tytuł ruszył naprawdę cały naród —
Wczoraj wieczorem uderzyła mnie jedna rzecz: wszystkie seanse w Krakowie wyprzedane, mimo że film leciał co 40 minut. Na ten tytuł ruszył naprawdę cały naród — tłumy, głównie młodych par i grupy dziewczyn. Ale to, co zobaczyłem na sali… to już inna historia.
Już na wstępie ekran wita nas logo TVN oraz nazwiskiem Dominiki Kulczyk jako mecenasa. I niestety — to zwiastuje ton filmu aż do napisów końcowych.
Mężczyzna = zło. Bez wyjątku.
Film jest tak tendencyjny, że aż boli. Każda męska postać jest tu negatywna:
mąż – agresor,
policjant – wspólnik oprawcy,
ksiądz – radzący ofierze powrót do męża“,
mężowie koleżanek – toksyczni, agresywni lub obojętni.
Nie ma ani jednego przykładu zdrowej relacji. Ani jednego normalnego mężczyzny. Kompletnie nic.
Kobiety – sekreta liga dobra.
Po stronie kobiet natomiast — wieczna solidarność. Policjantka, zakonnica, pracowniczka opieki społecznej… wszystkie zgodne, wspierające się, oddane sprawie.
Momentami brakuje tylko, żeby złapały się za ręce i… zatańczyły kankana.
I właściwie tak właśnie robią — bohaterki kończą film w niemal nirwanicznej sielance na wycieczce rowerowej.
Plusy: przemoc i gaslighting pokazane nieźle.
Trzeba uczciwie przyznać: mechanizmy przemocy i gaslightingu są pokazane dobrze. To wartościowa część filmu — szkoda, że otoczona propagandową otoczką.
Minusy: pomijanie realiów i gra na emocjach.
Film udaje, że realia prawne wyglądają jak 10 lat temu. W rzeczywistości wystarczy stwierdzenie przemocy i mężczyzna natychmiast jest wyrzucany choćby z własnego mieszkania.
Sądowa batalia pokazana w filmie jest kompletnie oderwana od faktów — Smarzowski przedstawia ją jak wyrównaną dramatyczną walkę. Fakty jednak są takie: tylko ok. 2% spraw kończy się przyznaniem władzy rodzicielskiej ojcu.
Reszta to matki albo wspólna władza.
Zmarnowany potencjał.
To mogła być poruszająca i uczciwa opowieść o kobietach doświadczających przemocy.
Zamiast tego dostaliśmy kolejny ideologiczny obrazek, w którym mężczyzna jest zawsze winny, a kobieta zawsze dobra.
Efekt? Bardzo smutny. Sala pełna młodych ludzi wchłania przekaz: relacje są niebezpieczne,
mężczyzna to potencjalny oprawca, rodzina jest pułapką, a męska obecność to powód do przeprosin.
Wychodząc z kina widziałem pary, w których chłopacy… przepraszali. Za nic. Za to, że istnieją.
Ten film nie buduje — on dzieli. I szkodzi.
Mniej relacji. Mniej rodzin. Mniej dzieci.
I jeszcze większa pedagogika wstydu skierowana do młodych mężczyzn.
Dom dobry. Film zły. Bardzo zły.
Miłosz Tamulewicz
Już na wstępie ekran wita nas logo TVN oraz nazwiskiem Dominiki Kulczyk jako mecenasa. I niestety — to zwiastuje ton filmu aż do napisów końcowych.
Mężczyzna = zło. Bez wyjątku.
Film jest tak tendencyjny, że aż boli. Każda męska postać jest tu negatywna:
mąż – agresor,
policjant – wspólnik oprawcy,
ksiądz – radzący ofierze powrót do męża“,
mężowie koleżanek – toksyczni, agresywni lub obojętni.
Nie ma ani jednego przykładu zdrowej relacji. Ani jednego normalnego mężczyzny. Kompletnie nic.
Kobiety – sekreta liga dobra.
Po stronie kobiet natomiast — wieczna solidarność. Policjantka, zakonnica, pracowniczka opieki społecznej… wszystkie zgodne, wspierające się, oddane sprawie.
Momentami brakuje tylko, żeby złapały się za ręce i… zatańczyły kankana.
I właściwie tak właśnie robią — bohaterki kończą film w niemal nirwanicznej sielance na wycieczce rowerowej.
Plusy: przemoc i gaslighting pokazane nieźle.
Trzeba uczciwie przyznać: mechanizmy przemocy i gaslightingu są pokazane dobrze. To wartościowa część filmu — szkoda, że otoczona propagandową otoczką.
Minusy: pomijanie realiów i gra na emocjach.
Film udaje, że realia prawne wyglądają jak 10 lat temu. W rzeczywistości wystarczy stwierdzenie przemocy i mężczyzna natychmiast jest wyrzucany choćby z własnego mieszkania.
Sądowa batalia pokazana w filmie jest kompletnie oderwana od faktów — Smarzowski przedstawia ją jak wyrównaną dramatyczną walkę. Fakty jednak są takie: tylko ok. 2% spraw kończy się przyznaniem władzy rodzicielskiej ojcu.
Reszta to matki albo wspólna władza.
Zmarnowany potencjał.
To mogła być poruszająca i uczciwa opowieść o kobietach doświadczających przemocy.
Zamiast tego dostaliśmy kolejny ideologiczny obrazek, w którym mężczyzna jest zawsze winny, a kobieta zawsze dobra.
Efekt? Bardzo smutny. Sala pełna młodych ludzi wchłania przekaz: relacje są niebezpieczne,
mężczyzna to potencjalny oprawca, rodzina jest pułapką, a męska obecność to powód do przeprosin.
Wychodząc z kina widziałem pary, w których chłopacy… przepraszali. Za nic. Za to, że istnieją.
Ten film nie buduje — on dzieli. I szkodzi.
Mniej relacji. Mniej rodzin. Mniej dzieci.
I jeszcze większa pedagogika wstydu skierowana do młodych mężczyzn.
Dom dobry. Film zły. Bardzo zły.
Miłosz Tamulewicz
#Film#Miłosz Tamulewicz
